Świadectwo Anny Bałuczyńskiej

Zapraszam do obejzenia świadectwa naszej drogiej Anny Bałuczynskiej w programie „Słowo na niedziele” z dnia 12-07-2014.

Świadectwo Heleny Niewiadomskiej:

Gdynia 21-03-2014
Urodziłam się 3 września 1927 w miejscowości Dobre, pow. Aleksandrów Kujawski, jako jedyne dziecko Anny i Stanisława Kołodziejskich.
Właściwie to powinnam urodzić się we Francji, gdzie mieszkali moi rodzice. Tam się też poczęłam. Moja mama będąc w ciąży postanowiła odwiedzić swoją rodzinę w Polsce, za którą bardzo tęskniła. Wyjechała do Francji w roku 1921, potem pojechał za nią Stanisław, po ukończeniu służby wojskowej. Pobrali się w Paryżu. Po roku zaszła w ciążę. Życzeniem rodziny w Polsce było, aby odbyło się wesele z udziałem wszystkich jej członków w Dobrem. Niestety tato został okradziony w Zbąszynie na dworcu kolejowym, zniknęły pieniądze, paszport i wszystkie inne dokumenty. Rodzina nie chciała już wesela.
Tato podejmował wszystkie możliwe prace na wsi, żeby zarobić na powrót do Francji. Po moim urodzeniu wyjechał, a mama została jeszcze jakiś czas , czekając na pieniądze od taty. Niestety nie byłam wpisana do paszportu i władze nie pozwoliły mi wyjechać razem z mamą. Mama miała bardzo bogatą siostrę, która po rozmowach wyraziła zgodę na to, bym mogła u niej zostać przez kilka miesięcy, aż rodzice załatwią wszystkie potrzebne dla mnie dokumenty. Miałam wtedy półtora roku. Oczywiście przysyłali dla mnie ubranka i pieniądze na utrzymanie. Stało się jednak inaczej. Ciotka traktowała mnie podle. Spałam z końmi w stajni, nie pozwalano mi zbliżać się do jej córek, byłam cała pokryta wrzodami . Po trzech miesiącach oddała mnie do Sierocińca, a do rodziców przesłała informację, że utopiłam się w stawie i nie żyję. Mój tato nie mógł uwierzyć w to, co przeczytał, miał jakieś wewnętrzne przekonanie, że ja żyję. Odnalazł mnie przez Czerwony Krzyż w Domu Dziecka w Aleksandrowie Kujawskim. Kupił pistolet, z zamiarem zastrzelenia ciotki i wsiadł w pociąg jadący do Polski. W tym samym czasie Dom Dziecka wysłał mnie pociągiem do Paryża z jakąś rodziną, która jechała tam do pracy. Moja mama dostała nagle telefon, że przybyłam do Paryża i ma mnie odebrać z dworca. Mama oczywiście powiedziała, że to jest niemożliwe, bo po córkę pojechał mąż. Po kilku telefonach mama zdecydowała że pojedzie wyjaśnić całą sytuację. Nie poznała mnie, byłam łysa, ze śladami po wrzodach na głowie i całym ciele. Już chciała mnie zostawić, kiedy przypomniała sobie, że miałam brązowe znamię na lewej stronie klatki piersiowej. Kiedy mnie rozebrano i okazało się, że to ja- Helenka, zemdlała. Bóg kierował tym wszystkim, bo gdy tato zorientował się, że mnie już nie ma w Domu Dziecka, zapomniał o całym planie zemsty na ciotce i najbliższym pociągiem pojechał do Paryża. Od tej pory nasze życie się ustabilizowało.
Najwspanialszą rzeczą było zbawienie mojego taty. Miał on brata księdza i siostrę zakonnicę. Zawsze pragnął przeczytać chociaż raz Pismo Święte, jednak brat mówił, że nie wolno laikom tego dotykać, bo i tak nic by z tego nie zrozumieli. We Francji tato pracował w Fabryce Parowozów w Crespin, w okręgu NORD. Pewnego dnia przyjaciel poprosił go, by zastąpił go w stołówce dla pracowników gdzie serwowano posiłki na terenie zakładu, bo musiał pilnie gdzieś wyjść. Tato, stojąc za kontuarem zauważył, że Francuzi wychodząc do toalety, wyrywają kartki z jakiejś książki, która tam leżała. Była już mocno obdarta, bez początku i bez końca. Jednak tato bardzo się nią zainteresował, gdy okazało się, że to była polska Biblia. Kiedy kolega wrócił, powiedział mu o tym. Otrzymał wyjaśnienie, że tę książkę podarowała mu jakaś dziewczyna, która mu się bardzo podobała i chciał ją poderwać. Ona jednak przyniosła Biblię, wręczyła mu ją i powiedziała, że jeśli przeczyta tę książkę i się nawróci, to może ona na niego spojrzy, a tak , to nie ma jej zawracać głowy. Kolega położył tę księgę pod kontuarem, a Francuzi zaczęli z niej wyrywać kartki, bo były cieńkie, nie rozumiejąc, co to była za książka. Tato poprosił, żeby kolega mu ją na jakiś czas pożyczył. Zaczął czytać, dosłownie ją połykał, potem już czytał na kolanach, płakał i czytał. Dowiedział się z tego, co z tej książki zostało, że jest grzesznikiem, zdążającym do piekła, potem przeczytał, że Chrystus za niego umarł i że jeśli wyzna grzechy do Jezusa, będzie zbawiony. Tak też uczynił, wyznając z wielkim płaczem swoje grzechy i wtedy poczuł, że został przez Boga przyjęty. Był tak szczęśliwy, zmieniło się całe jego życie. Przestał chodzić na zabawy, przestał palić cygara i pić alkohol, chciał tylko Jezusa. Potem Bóg pokazał mu kościół, też w cudowny sposób. Było to w roku 1932. W tym też roku przyjął chrzest wiary w kanale, w miejscowości Douai ( czyt. Due). Życie naszej rodziny weszło na zupełnie inne tory. Nawróciła się moja mama, również ja, gdy miałam 5 lat. Chrzest wiary jednak przyjęłam dopiero w Polsce, kiedy miałam 18 lat. Chrzest odbył się w jeziorze Świrz, koło Piotrkowa Kujawskiego, 22 lipca 1945 roku. Przyjmowały wtedy chrzest 22 osoby.
Tato odczuł silne powołanie do zwiastowania ewangelii. Zaczęli nawracać się ludzie. Po jakimś czasie rodzice postanowili pojechać do Polski, żeby zwiastować ewangelię swojej rodzinie. Przyjechaliśmy w 1935 roku na jakiś czas, rodzina ewangelii nie przyjęła, przeżyliśmy wiele prześladowań, ale też powstało kilka zborów. Nie wyjechaliśmy do Francji, bo wybuchła wojna w 1939. Bóg wspaniale ochraniał nas przez czas wojny i okupacji, przeżyliśmy wiele cudów, a zbór w Dobrem potężnie się rozwinął ( więcej opiszę w książce, która powstaje).
Po wojnie, w roku 1948 do naszego zboru trafiła rodzina Niewiadomskich, która również przyjechała z Francji. Spodobałam się jednemu z synów, Czesławowi, jednak nie był nawrócony, grał na zabawach i weselach, i zajęło mi sporo czasu, by głosić mu ewangelię. Gdy się nawrócił całym sercem do Pana, zaczęliśmy serio o sobie myśleć, modlić się i pościć. Czesław pościł 40 dni, a w czterdziestym dniu jego postu zawarliśmy związek małżeński. Było to 22 lipca 1950 roku. Ja przeżyłam chrzest w Duchu Świętym na własnym ślubie. Pan był z nami od pierwszego dnia naszego bardzo szczęśliwego, udanego małżeństwa, które trwało 25 lat, przerwane w bardzo tragiczny sposób przez wypadek samochodowy, w którym zginął mój mąż, a zdarzyło się to 23 lutego 1976 roku.
Wspomnę jeszcze, że w roku 1949 moi rodzice wyjechali na południe Polski, do Będzina, a tato został pastorem w Dąbrowie Górniczej. Dołączyliśmy do nich po ślubie i tam urodził się nasz pierworodny syn Daniel, 13 czerwca 1951 roku, następnie córka Anna 6 kwietnia 1955 roku.
W 1955 roku mój mąż dostał pracę jako konstruktor i stroiciel akordeonów w Bydgoskiej Fabryce Akordeonów, za pośrednictwem swojego brata Zygmunta, który tam wyjechał pierwszy, ze swoją żoną Martą. Tak więc przeprowadziliśmy się do Bydgoszczy, na ulicę Pomorską, róg Bocianowej. Przyłączyliśmy się do Zboru Zjednoczonego Kościoła Ewangelicznego przy ul. Zduny 10. Pastorem był wtedy brat Trojanowicz. On i jego żona byli naprawdę kochanymi ludźmi, którzy darzyli nas wielką miłością bardzo troszczyli się o każdego członka. Prowadzili zbór do 1060 roku. Tam spotkaliśmy rodzinę braterstwa Hrynków, Zychów, Gienka Wojtko, potem dołączali inni. Zbór zaczął się prężnie rozwijać, spotykaliśmy się też po domach, u braterstwa Zychów, u nas, u braterstwa Hrynków. Pan wylewał Swojego Ducha, co roku odbywały się chrzty wiary i było wiele radości. Bracia i siostry ciągle się spotykali, aby modlić się razem, spędzać czas przy stole i wielbić Boga. Młodzież garnęła się do Pana. Dzieci były nauczane w szkółce niedzielnej, a z roku na rok przybywało ich więcej. W roku 1960 zbór objął brat Tadeusz Dębosz, który przybył z żoną i całą rodziną ( 3 córki) ze Żnina. Był on dla nas wielkim przykładem poświęcenia, miłości do Boga i Jego Słowa, i troski o każdą rodzinę w zborze.. Odwiedzał wszystkich po kolei w ciągu tygodnia. Miał zawsze ze sobą Biblię i śpiewnik. Mieliśmy domowe społeczności, kiedykolwiek się pojawiał. Często towarzyszył mu brat Chruściński z harmonijką ustną. Pastor nie był charyzmatykiem, ale jego życie było dla nas wzorem. Był pastorem do 1974 roku. W tym czasie w Polsce powstał rozłam 5 ugrupowań, które były zjednoczone w czasach komunizmu. Nie były to łatwe rozstania, ponieważ wszyscy byliśmy jak jedna rodzina. Jednak wychodziły pewne duchowe różnice. Wielu z nas pochodziło z nurtu zielonoświątkowego, spotykaliśmy się często oddzielnie, by wielbić Boga w Duchu Świętym. Przyszło przebudzenie, o które się modliliśmy, ale ono oprócz niesamowitego wzrostu kościoła i duchowego oczyszczenia, przyniosło również podział. Dużą rolę w przebudzeniu wśród młodzieży odegrał brat Andrzej Brandys, który służył w wojsku w Bydgoszczy. Młodzież stała się siłą napędową zboru. Często spotkała się u nas w domu, który wybudowaliśmy w 1961 roku. Przeprowadziła się też do Bydgoszczy cała rodzina braterstwa Wołkiewiczów. Ich dzieci czynnie brały udział w modlitwach i społecznościach młodzieżowych. U nich również spotykała się młodzież i było wiele spotkań domowych. Młodzież była grupą bardzo związaną ze sobą, pełną Ducha Świętego, radości i szalonych pomysłów. Z tej młodzieży wyrosło wielu pastorów i liderów, a wiele przyjaźni przetrwało do dzisiaj. Pastorem został brat Tomczyk, który następnie odłączył się w roku chyba 1975 z dużą grupą wierzących, przyłączając się do Kościoła Chrześcijan Ewangelicznych. Wśród nich byli bracia Zygmunt i Marta Niewiadomscy, rodzina Dęboszów i inni. W naszym kościele zostały 62 osoby. Pastorami byli kolejno bracia: Jan Kalisz, Józef Kruszyński, następnie brat Józefowicz, który jest pastorem Zboru Zielonoświątkowego do dziś.
Mój mąż uczestniczył w życiu kościoła, był wspaniałym mężem, ojcem i przyjacielem. Kochał ludzi, był bardzo gościnny i zawsze miał dobry nastrój, niezależnie od sytuacji. Grał w zborze na trąbce, na akordeonie, mieliśmy też rodzinny zespół uwielbienia, złożony ze wszystkich członków rodziny mieszkającej w Bydgoszczy. Co czwartek spotykaliśmy się u nas w mieszkaniu na Pomorskiej, by uwielbiać Pana. Z czasem coraz więcej ludzi dołączało do nas, tylko po to, by przybliżać się do Pana i Jego samego wielbić. Z tego wyrosła pasja w sercu mojej córki Ani, by wielbić Boga i grać dla Niego. Dzięki łasce Bożej ukończyła studia na wydziale muzycznym, jako jedna z najlepszych. Syn z kolei odziedziczył po mężu zdolności praktyczne, a też grał na skrzypcach. Każde z moich dwojga dzieci było przez nas wymodlone, bardzo kochane i doceniane. Wszyscy razem zbudowaliśmy dom, oparty na mądrości otrzymanej przez modlitwę i pomoc wielu życzliwych ludzi, w tym wielu kochanych zborowników, którzy wpadali w wolnym czasie, by uczestniczyć w naszej pełnej radości budowie, codziennie po pracy z fabryce. Dom ten przez wiele lat ( od 1961) służył nie tylko naszej rodzinie ale wielu gościom, młodzieży kościoła, grupom domowym, był domem otwartym dla wszystkich, którzy potrzebowali rady, modlitwy, noclegu, czy zwykłej przyjaźni. Wiele ludzi przeżyło w naszym domu nawrócenie, chrzest Duchem Świętym, o czym pisałam wcześniej. W naszym domu również nawracało się i spotykało wielu studentów Akademii Muzycznej, za czasów studenta Janka Murantego z Warszawy.
Moje życie nie było jakieś niezwykłe, zajmowałam się domem, ogrodem, wychowywałam dzieci , pomagałam mężowi, a jednak w tym zwykłym życiu obecny był i jest zawsze niezwykły Bóg, który wszystkim kierował w sposób cudowny, ponadnaturalny. Każda choroba dzieci, klasówki i egzaminy dzieci w szkole, czy jakiekolwiek problemy były okazją do tego, by zobaczyć Boga w działaniu. Dzięki temu, że Bóg był zawsze najważniejszy w naszym życiu, przychodził jako Cudowny Lekarz, Pocieszyciel, Obrońca, wybawiając nas z każdego zagrożenia. Tron łaski był dla nas dostępny, a był na nim Król, który czekał, by wysłuchać łaskawie tego, z czym przychodziliśmy. Tak jest do dzisiaj. Za to jestem Mu bezgranicznie wdzięczna.
Cudowną rzeczą jest widzieć, że w naszej rodzinie, Bóg jest Bogiem pokoleń. On Sam powiedział o sobie, że jest Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba. W naszej rodzinie możemy tego doświadczać. Mój syn Daniel ożenił się w 1975 roku z Elżbietą, która była córką pastora Pręgowskiego, ze Zboru Stołecznego w Warszawie, a pastorował zborowi, który spotykał się u nich w domu w Bukowie, potem u braterstwa Koziurów w Henrykowie. Daniel z Elżbietą wychowali trzech synów, Dawida, Emanuela i Marka. Wszyscy synowie są już żonaci, poślubili wierzące osoby. Cała rodzina służy Panu w Kościele Stołecznym w Warszawie.
Moja córka Anna wyszła za mąż za Aleksandra, syna Józefa i Eugenii Bałuczyńskich ze Słupska, 8 sierpnia 1976 roku. Zięć jest trzecim pokoleniem wierzących, napełnionych Duchem Świętym chrześcijan. Jego tato jest wieloletnim pastorem i prezbiterem Kościoła Zielonoświątkowego we Wrocławiu, Słupsku, założył też kilka zborów w Polsce. Jego syn Aleksander jest również pastorem. Oboje z Anią byli misjonarzami w Misji Namiotowej Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce, założyli kościół w Bytowie, służą Panu w Gdyni. Wychowali dwoje dzieci, Marcina ( 1977) i Esterę (1983). Obydwoje przyjęli Jezusa i zostali ochrzczeni. Estera wyszła za mąż za Davida Knowlena, Amerykanina, wnuka wieloletnich pastorów i misjonarzy, założycieli szkoły Chrystus dla Narodów w Mińsku ( Białoruś), Lincoln (USA) i Gdyni (Polska). Cała rodzina zięcia od trzech pokoleń służy Bogu, ojciec Jeff jest liderem uwielbienia, Estera i David również służą Bogu, w kościele The Substance Church w Minneapolis, USA.
Modlimy się ciągle do Boga, aby nasz ukochany Marcin odnalazł swoje miejsce w Bogu, w kościele, jest to moją nieustanną prośbą do Boga. Pan dał mu wiele cennych darów, swego czasu grał na perkusji w misji pod namiotem, modliliśmy się razem, był w Szkole Przebudzenia w Pensacoli na Florydzie. Bóg zachował go wiele razy od śmierci, i cudownie uzdrowił, w odpowiedzi na modlitwę zboru, gdy do 16-go dnia życia nie było dla niego żadnych szans. Bóg jednak przyszedł i uzdrowił go w szpitalu, ku wielkiej radości rodziców, mojej, i wszystkich, którzy nieustannie wołali do Boga.
Od niemowlęcia prowadziliśmy dzieci do kościoła, uczyliśmy modlitwy i pomagaliśmy im ufać Bogu w każdej sytuacji. Wierzę, że to przyniesie owoce na całą wieczność.
W tym roku ( 2014) zdecydowaliśmy o sprzedaży naszego rodzinnego domu. Ja sama przeprowadziłam się do córki, do Gdyni. Razem prowadzimy różnych ludzi do Boga, modlimy się, głosimy Słowo Boże i budujemy Ciało Chrystusa w Gdyni. Jest to nowy etap w moim życiu, ale Bóg jest niezmiennie wierny i godny zaufania. Zawsze będę modlić się i błogosławić mój ukochany zbór w Bydgoszczy, moich kochanych Braci i Sióstr, z którymi związał mnie Bóg więzami miłości i wieloletniej przyjaźni. Jeśli ktoś będzie czytał moje słowa, to pamiętajcie kochani, żeby w każdej sytuacji ufać Panu, stawiać Go na pierwszym miejscu. Nie opuszczajcie zgromadzeń, bądźcie wierni Bogu, bo On nigdy nie zawodzi, nie spóźnia się z pomocą. Jest miłością i dobrocią. Obdarza łaską tych, którzy na Nim polegają.
Zakończę Psalmem 71: 5-9 i 17-19. Jest to moje osobiste słowo od Pana, które towarzyszy mi przez całe życie i dzisiaj się nim z wami dzielę, jak kawałkiem chleba, który wzmacnia i daje życie.
Tyś bowiem nadzieją moją, Panie
Boże, Tyś ufnością moją od młodości mojej.
Tyś był podporą moją od urodzenia.
Tyś pomocą moją od łona matki mojej:
O Tobie zawsze mówi moja pieśń pochwalna.
Byłem jak dziwoląg dla wielu,
Lecz Tyś pewną ucieczką moją.
Usta moje są pełne chwały Twojej.
Cały zaś dzień wspaniałości Twojej.
Nie odrzucaj mnie w czasie starości,
Gdy ustanie siła moja, nie opuszczaj mnie!

Boże uczyłeś mnie od młodości mojej
A ja aż dotąd oznajmiam cudowne sprawy Twoje.
Toteż i do starości, gdy już siwy będę,
Nie opuszczaj mnie Boże,
Aż opowiem o ramieniu Twoim temu pokoleniu
A wszystkim następnym o potędze Twojej!
Sprawiedliwość zaś Twoja Boże,
Sięga aż do niebios;
Wielkich dokonałeś czynów Boże
Któż jest Tobie równy?

Moim życzeniem dla drogiego pastora Zdzisława Józefowicza i jego żony, kochanej siostry Irenki oraz dla wszystkich moich ukochanych Braci i Sióstr w Chrystusie, są słowa z Psalmu 20.
Niech Imię Pana będzie pochwalone odtąd aż na wieki. Amen.

Helena Niewiadomska
Gdynia, 21-03-2014



Świadectwo Aleksandra Bałuczyńskiego cz. 2:

Aleksander Świadectwo życia, część 2.
Pewnego dnia mieliśmy w naszym zborze szczególnego gościa z Niemiec, biskupa nad kościołami w Europie. Był to brat Ulonska. Tego dnia głosił kazanie na temat Żniwa. Podkreślał, że pola są dojrzałe do żniw, ale Bóg ciągle szuka robotników.
Podczas usługi nagle powiedział: „ Czuję, że powinienem podzielić się z wami doświadczeniem, jakie przeżył mój przyjaciel. Nie dzielę się tym często, ale dzisiaj Duch Święty poprosił mnie o to. Mój przyjaciel, który był w tamtym czasie ministrem w Niemczech, pojechał w podróż biznesową do Japonii, gdzie zabrał ze sobą swoją 18-to letnią córkę. Kiedy byli w hotelu, na 10-tym piętrze, nagłe trzęsienie ziemi rozdzieliło hotel na dwie części. Jego córka była z jednej strony, przywalona ciężkimi blokami betonu, a jej ojciec znalazł się po drugiej stronie. Umierała, a on nie mógł nic zrobić. Nagle zawołała: „Tato, mam wizję! Widzę miliony ludzi idących do piekła. Ja dopiero oddałam życie Jezusowi, ale jeszcze nic dla Niego nie zrobiłam. Tato, proszę, zatrzymaj ten tłum i powiedz im o Jezusie. Proszę, proszę…” i umarła.
Poczułem, jakby Duch Święty poraził mnie piorunem. Zacząłem szlochać i mówiłem: „ Panie Jezu, ja zatrzymam ten tłum i powiem im o Tobie. Poślij mnie, Panie”. Kiedy to mówiłem, łzy spływały mi strumieniem po policzkach. Wiedziałem już, że Bóg mnie użyje.
Zaangażowałem się w służbę młodzieżową, potem wyjechałem do Bydgoszczy, do szkoły, przyłączyłem się do zboru zielonoświątkowego, gdzie spotkałem Annę. Była liderem uwielbienia, a też studiowała muzykę. Od samego początku wiedziałem, że będzie moją żoną, i że razem będziemy służyć Bogu.
W nadchodzących latach ukończyłem Szkołę Biblijną w Warszawie, uczęszczałem do Szkoły Biblijnej „Chrystus dla Narodów” w Gdyni. Ukończyłem też kursy przygotowujące na terapeutę ( u doktora Melibródy w Warszawie) i duszpasterza. Ciąg dalszy nastąpi…



Świadectwo Anny Bałuczyńskiej cz. 2:

Anna Bałuczyńska (6 kwietnia1955)
Świadectwo życia, część 2: „Uwielbienie jak sposób życia”

Mój pastor kupił pierwsze pianino dla zboru, chyba było to pierwsze pianino w kościele w Polsce.
Ja sama odkrywałam namaszczenie nade mną, kiedy grałam godzinami w naszym pokoju gościnnym, tylko dla Niego ( moja mama siedziała wtedy cichutko w kuchni i słuchała, robiąc na drutach). Nikt wtedy nie uczył nas o graniu „ w Duchu Świętym”. Nawet nie wiedziałam jak to nazwać. Moja mama mówiła, że to improwizacja w Duchu Świętym, a było to jak palący ogień, schodzący prosto z nieba, przez całe ciało aż do palców, i z powrotem do tronu Bożego. Czasem słyszałam jakieś duże chóry aniołów i próbowałam grać to samo. Cały czas rozwijałam swój warsztat muzyczny, dzięki czemu mogłam technicznie więcej wyrażać. Bóg dawał mi też nowe pieśni. Wybrałam taki kierunek studiów, na którym uczyłam się kilku instrumentów, harmonii, dyrygentury, kompozycji, poprawnego tłumaczenia pieśni na j. polski i dzięki temu mogłam przetłumaczyć setki piosenek z j. angielskiego, służąc jako członek Służby Muzycznej w Polsce, pod kierunkiem Ludmiły Sosulskiej. Cała grupa pracowała nad tworzeniem nowych śpiewników dla wszystkich liderów uwielbienia w Polsce. Organizowaliśmy warsztaty, konferencje muzyczne, szkoliliśmy liderów, uczyliśmy ich podstaw Chwały i Uwielbienia. Przekazywaliśmy wiele praktycznych informacji na ten temat. Najbardziej pamiętam Wiesia Ziembę, który był zarówno muzykiem, jak i autorytetem duchowym i świetnym wykładowcą.
Wszyscy uczyliśmy się jak pójść głębiej i jak przebywać w obecności Pana. Byliśmy bardzo podekscytowani tym co się działo w dziedzinie uwielbienia. Było to całkiem nowe. Czasami liderzy skarżyli się, że nawet pastorzy tego nie rozumieli, ale mój pastor Zdzisław Józefowicz to rozumiał i akceptował, i pozwolił mi przez wiele lat prowadzić ludzi w uwielbieniu. Wierzę, że w tych latach zaczął się zupełnie nowy rozdział w ruchu zielonoświątkowym i ruchu charyzmatycznym w Polsce, a ja byłam tego maleńką częścią.
Chwała Panu!
Stało się to moją pasją, by pomagać ludziom w uwielbianiu Boga- w kościele, na różnych konferencjach, obozach dla dzieci, czy młodzieży. Nie ma cudowniejszego powołania, niż uwielbianie Boga. Pokonujemy tym wszelkie ataki szatana, który tę pozycję na zawsze stracił.

Kiedy ukończyłam szkołę biblijną „ Chrystus dla Narodów’ w Gdyni (2002), zostałam częścią kadry nauczycielskiej, jako lider uwielbienia i nauczyciel Chwały i Uwielbienia.
Cdn….



Świadectwo Aleksanda Bałuczyńskiego cz. 1:

Aleksander(31-01-1955)
Świadectwo życia, część 1.
Urodziłem się w rodzinie pastorskiej, w trzecim pokoleniu biblijnie wierzących Chrześcijan. Mój tato był nie tylko pastorem, ale również zaczął kilka innych kościołów i opiekował się nimi przez lata. Teraz ma 91 lat i ciągle jest aktywny dla Pana.
Kiedy byłem dzieckiem, mój ojciec gromadził nas wokół stołu ( 4 dzieci) każdego wieczora i czytaliśmy Biblię i razem modliliśmy się. Moi rodzice modlili się o wszystko, a ja mogłem widzieć wiele odpowiedzi na te modlitwy. To nauczyło mnie ufności do Pana we wszystkim i dało mi odwagę, by prosić i czekać na Jego odpowiedzi.
Nasz dom był zawsze pełen gości, przyjaciół , a także ludzi w potrzebach. My wszyscy przygotowywaliśmy dla nich posiłki i usługiwaliśmy. Była to moja pierwsza służba.
Jednak to, co miało największy wpływ na moje przyszłe życie i służbę, to był czas, kiedy grupa składająca się z dzieci z naszego zboru w Słupsku zdecydowała, by przychodzić do kościoła co wieczór po to, aby modlić się i szukać Pana. Klęczeliśmy i modliliśmy się na balkonie kościoła całymi godzinami. Wtedy to Bóg ochrzcił nas wszystkich Duchem Świętym, który przyszedł też do mnie, w bardzo spektakularny sposób, w płomieniu ognia, który widzieli sąsiedzi na zewnątrz budynku.
Byliśmy bardzo głodni, by przeżyć więcej z Bogiem. On widział nasze pragnienie i nawiedzał nasz kościół. Pastor pozwolił nam, dzieciom nakładać ręce na dorosłych członków kościoła, a oni przeżywali napełnienie Duchem Świętym. Wśród nich była również żona pastora.
W czasie tego przebudzenia wielu ludzi z innych zborów przyjeżdżało do nas, by doświadczyć więcej Boga.
Kiedy miałem 17 lat, otrzymałem powołanie do służby.

…Ciąg dalszy nastąpi…



Świadectwo uzdrowienia Agnieszki:

Zachęceni przez pastora Aleksandra Bałuczyńskiego, tą drogą, chcielibyśmy podziękować za Wasz wkład w uzdrowienie, które dał nam Pan. Jesteśmy małżeństwem służącym wśród młodzieży i studentów w Campus Crusade for Christ w Polsce. Do niedawna mieliśmy trzy duże problemy, na których rozwiązanie przez Pana Boga bardzo długo czekaliśmy. Pierwszy dotyczył finansów naszej służby, drugi kwestii emocjonalno-motywacyjnych w naszej służbie, a trzeci to różne problemy zdrowotne całej naszej czteroosobowej rodziny.Na tę chwilę możemy powiedzieć, że bez odzewu pozostał tylko ten pierwszy problem, gdyż dzięki Bogu i Waszej służbie (spotkanie w Gdyni) oraz spotkaniom z pastorem i jego żoną z Rumii możemy zobaczyć ogromny postęp w pozostałych dwóch problemach.Chcielibyśmy zatem przekazać radosną wiadomość, że nasz syn został uzdrowiony z alergii na gluten i uciążliwego kaszlu, natomiast Agnieszce zniknęły guzy na biodrze, z którymi walczyła od 10 lat i które raz były operowane! Chwała Panu! Co prawda od czasu do czasu pojawiają się jeszcze jakieś bóle w tej okolicy, ale ufamy, że to już koniec tej choroby. Jeszcze tylko Pan zabierze dziwną alergię Agnieszki i będziemy przeszczęśliwi. Inną kwestią, która podziałała z kolei na tę sferę emocjonalno-motywacyjną było słowo, jakie Agnieszka otrzymała za pośrednictwem pastora Spagnoletti. Bardzo ją to poruszyło i podbudowało oraz dało pocieszenie.
Dziękujemy pastorze Efraim i pastorze Aleksandrze za Waszą służbę!
Sylwek i Agnieszka



Świadectwo Anny Bałuczyńskiej cz. 1:

Anna Bałuczyńska (6 kwietnia1955)
Świadectwo życia, część 1.„ Błogosławione dzieciństwo”
Nazywam się Anna Bałuczyńska, z domu Niewiadomska.
Urodziłam się i wzrastałam w bardzo kochającej się i radosnej rodzinie, jako trzecie pokolenie biblijnie wierzących Chrześcijan.
Po raz pierwszy spotkałam się z realnym Bogiem gdy miałam 5 lat. Byłam wtedy bardzo chora, leżałam w łóżku zwinięta w kłębek, w okropnym bólu, płacząc godzinami. Mój tato poszedł do Pogotowia Ratunkowego, by wezwać pomoc do domu, podczas gdy moja mama i ciocia wołały głośno do Boga, błagając, by przyszedł i uzdrowił mnie. On naprawdę przyszedł i w jednej sekundzie zostałam uzdrowiona. Gdy wszedł doktor z pogotowia, siedziałam na łóżku, spuchnięta i czerwona od długiego płaczu, ale uśmiechnięta i szczęśliwa, bez najmniejszego śladu bólu brzucha.

Doktor spytał mnie:
- „Jesteś chora, prawda?”
Odpowiedziałam:
- „Nie Panie doktorze, wszystko w porządku.
„Ale”- kontynuował,- „twój tato wezwał nas, byśmy przyjechali, więc musi być coś nie tak, a poza tym widzę, że musiałaś dużo płakać”.
„Tak, byłam chora i płakałam, ale przyszedł Jezus i mnie uzdrowił, i teraz jest wszystko dobrze”- odpowiedziałam.
Lekarz popatrzył na mnie z niedowierzaniem, zapytał gdzie mnie bolało, dotykał i uciskał cały brzuch, jelita, stukał, osłuchiwał, oglądał wyniki poprzednich badań, ale nie mógł znaleźć niczego, co wymagałoby pomocy medycznej. Wreszcie zajrzał mi do migdałków i ogłosił, że to zaczerwienienie gardło ( zgadza się, że gardło mogło być czerwone, od długiego wrzasku), przepisał proste tabletki do ssania ( których zresztą rodzice nie wykupili, bo wiedzieli, że zostałam uzdrowiona), i odjechał.
Od tego momentu już na zawsze byłam pewna, że Bóg jest realny i że traktuje mnie poważnie, tak więc w wieku lat 8 zdecydowałam oddać Mu swoje życie i przyjęłam Go jako swego osobistego Zbawiciela, podczas ewangelizacji w Bydgoszczy. Było to bardzo mocne przeżycie, którego nigdy nie zapomnę. Zaproszony gość, brat Jan Krauze z Gdyni, mówił na temat powtórnego przyjścia Jezusa. Co jakiś czas wtrącał pytanie: „A gdzie ty znajdziesz się, gdy wróci Jezus? Dokąd pójdziesz?” Nagle Duch Święty pokazał mi jak na filmie całe moje krótkie życie. Zobaczyłam zarejestrowane każde brzydkie słowo, każde małe kłamstwo. Było to tak straszne, jakbym była już na sądzie ostatecznym. Zaczęłam płakać i mówiłam: „Boże, idę do piekła, bez Ciebie zginę”. Wyszłam do przodu na wezwanie kaznodziei, ktoś się ze mną modlił o przyjęcie Jezusa, o przebaczenie wszystkich grzechów, i nagle wszystko się uspokoiło. W moim sercu było tak cicho, że zapomniałam zaraz, że przed chwilą szłam do piekła. Jezus przyszedł i zamieszkał w moim małym serduszku. To było wspaniałe przeżycie, na które od tej pory zawsze się powołuję. Wiem, że Jezus jest moim Panem. Alleluja!

Mój tato był członkiem zespołu uwielbienia w lokalnym zborze, ale też był liderem uwielbienia w naszym domu. Cała nasza rodzina stanowiła grupę muzyczną: mój tato, Czesław, grał na trąbce i akordeonie, mama, Helena , grała na mandolinie i banjo, mój brat, Daniel ( 7 lat), grał na skrzypcach, a ja ( 3 lata), grałam na zmianę na organkach ustnych i na małym akordeoniku, wykonanym własnoręcznie przez tatę, który był profesjonalnym konstruktorem akordeonów i stroicielem pianin.
Jego starszy brat, a zarazem najlepszy przyjaciel, Zygmunt, grał na skrzypcach: jego żona, Marta grała na banjo piccolo.
W taki właśnie sposób uczyłam się uwielbiać mojego Pana. Raz w tygodniu, we czwartki wieczorem, cała rodzina zbierała się w naszym domu, by jeść razem i wielbić Pana. Wszyscy to kochaliśmy. Graliśmy całymi godzinami i czuliśmy Jego Obecność w nas, wokół nas i w całym domu. Była w tym zabawa, radość, harmonia, szczęście- wszystko razem i nawet jeszcze więcej. Po jakimś czasie nasze czwartki stały się tak znane, że wielu ludzi z kościoła przychodziło i wielbiło Pana z nami. Zapraszały nas też inne zbory, by „dawać koncerty”, tak, że wiele podróżowaliśmy z usługą, od kościoła do kościoła.
W wieku 7 lat dorosłam do decyzji, by pójść do szkoły muzycznej.

Zdecydowałam się na pianino, jako instrument główny i kontynuowałam aż do stopnia magistra muzyki w 1978 roku.
Cdn…